Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Nasi w Londynie
#61
Wiem ,że Wacek zrobi to doskonale. Zreszta od kilku dni prosilem Go przez sms, ażeby napisal relację z wyjazdu do Londynu. I jak zwykle nie zawiódł , no i zauroczył. Świetnie Wacusiu.
We are the sultans of swing...
Odpowiedz
#62
Jestem święcie przekonany, że Wacek przedstawi naszą wyprawę najlepiej i w najciekawszy sposób ! Ma także moje pełne zezwolenie na użycie fotek, ktore przekazałem mu we Wrocku. Nie zapomnij zaprezentować pamiątki z Londynu...

Wspaniała relacja to jedno, a numer postu to drugie - obie rzeczy niezmiernie mnie cieszą Uśmiech

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#63
Wacek naszym rzecznikiem Uśmiech popieramUśmiech
Odpowiedz
#64
wAcEk napisał(a):Jeszcze tylko rzut okiem na stewardese i z calym szacunkiem dla bardzo milej pani już wiem ze lece tanimi liniami lotniczymi… (czego nie można powiedziec o Lucy w drodze powrotnej).

:|
"Come up and feel the sun
A new morning has begun..."
Odpowiedz
#65
Masz racje numitorze, ze być może pod tym względem moja relacja była aż nadto szczegółowa i w nie najszczęśliwszy sposób opisujaca jeden z najmniej istotnych aspektow wyjazdu. Tak czy inaczej mam nadzieje, ze nie zniesmaczyłem zbyt mocno ani Ciebie ani innych czytajacych i ze zostane jeszcze kiedys wpuszczony na poklad samolotu linii Ryanair…
Odpowiedz
#66
Wacek mistrz ciętej riposty Duży uśmiech
Love, Peace & Dire Straits
Odpowiedz
#67
filipk91 napisał(a):Wacek mistrz ciętej riposty Duży uśmiech

Nie traktowalbym filipik91 tego co napisałem w tych kategoriach. Przynajmniej nie to było moim zamiarem.
Bardzo mi milo z powodu wszystkich pochlebnych komentarzy, ale to czesciej wlasnie te sceptyczne i krytyczne zmuszaja do zastanowienia się nad tym co się zrobilo i wyciagniecia stosownych wnioskow.

Piszac tekst pozostawia się dowolność w jego interpretacji i odbiorze, ktorej tym postem nie mam bron Boze zamiaru odbierac ani Tobie, ani Numitorowi ani zadnemu innemu czytelnikowi.

Jedyna moja intencja bylo wyjasnienie napisanych wczesniej slow Uśmiech
Pozdrawiam Uśmiech W.
Odpowiedz
#68
wAcEk napisał(a):Dzieki władającemu wloskim Mirkowi poznajemy grupe wloskich fanow. Ich przedstawiciel zostaje obdarowany przez nas nasza fanklubowa koszulka. Radosc na jego twarzy ogromna (z pewnością pokazuja to zdjęcia Macka).

Tutaj znajdują się cytowane przez Wacka zdjęcia :

http://chomikuj.pl/macsa/Zloty+Fan*c3*b3...n/Italiano

Prośba do Mirka ( jak wróci z urlopu ) - żeby przekazał naszemu włoskiemu koledze linka do zdjęć - to dla niego zapewne też bezcenna pamiątka...

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#69
To ja jeszcze swoje...

4. Poranek przywitał nas deszczem, lecz zupełnie nam to nie przeszkadza. Po porannym posiłku i odprawie ruszamy na podbój Londynu. Na początek bierzemy za cel herbatkę u Królowej po drodze wpadając na jednego do Beatlesów oraz Sherlocka...

Pierwsza podróż londyńskim metrem robi wrażenie – wszystko czyste, ładnie utrzymane, bez żadnych bohomazów na ścianach czy innych graffiti wydzierganych na szybach, oj jeszcze nam daleko do tej kultury… Wysiadamy tuż pod Dużym Benkiem, potem Parlament i kierujemy się w stronę Pałacu Buckingham po drodze napotykając defiladę Straży Konnej. Tuż za defiladą mały wóz sprzątający to, co defilada za sobą zostawiła...
Do celu prowadzi nas ścieżka Księżnej Diany poprzez park, w którym mimo deszczu stoi budka z lodami - obiekt zainteresowania Romka z racji rodzinnych tradycji. Pod pałacem tłum ludzi i herbatka już niestety wyszła była, dlatego tylko kilka fotek i obieramy pierwszy Markowy kierunek tego dnia - mamy zamiar pogłaskać sławne lwy na Trafalgar Square. Po drodze znów ta sama defilada i naszym oczom ukazują się „Lions”, które niewzruszenie pilnują Kolumny Nelsona. Po krótkiej naradzie wycieczka rozdziela się, jedni wracają do hostelu, inni podążają w dalszą drogę ścieżkami Knopflera...

Kolejnym celem pielgrzymki jest Soho i legendarny klub Ronnieg Scott'a w którym Mark za czasów NHB odbył wiele niezwykłych występów. Wysiadamy na Tottenham i kierując się we właściwą stronę zupełnie przypadkowo trafiamy na ulicę sklepów gitarowych( Denmark St.) - cóż to jest za gratka dla nas a szczególnie dla Bartka. Wchodzimy do każdego wypytując o Knopflera - w jednym był osobiście, w innym jego asystent kupił Shectera, wszędzie jest znany i szanowany. Wśród tak wielu świetnych wioseł Bet nie wytrzymuje, podpina jeden z japońskich modeli i serwuje nam mały recital - pięknie zagrała solówka z Brothersów ! Znajdujemy model gitary Johna Lennona, nie chce się absolutnie stamtąd wychodzić, ale czekają kolejne atrakcje…
Po drodze okazuje się, że Romek to tak naprawdę właściciel sieci lokalów gastronomicznych w Londynie i praca w Polsce to jedynie przykrywka Oczko W końcu docieramy do tego sławnego klubu z czarnym, charakterystycznym szyldem, niestety otwierają dopiero o 6:30 pm, mimo to szarpiemy za klamkę – drzwi puszczają. Na recepcji siedzi młody człowiek i na start oznajmia, że klub jeszcze jest zamknięty. W krótkich, żołnierskich słowach przedstawiam cel naszej peregrynacji do tego dalekiego kraju, okazuje się, że kolega też wybiera się na koncert Marka tylko do Hiszpanii skąd pochodzi - jesteśmy w domu – klub stoi przed nami otworem ! Chętnie by nas oprowadził lecz on to właściwie pracuje tu od niedawna i niewiele może mam powiedzieć, prowadzi do menadżera klubu. Po naszym krótkim przedstawieniu się w języku wyspiarzy odpowiedź pada – zgadnijcie, po polsku !! Człowiek pochodzi z Opola i od wielu już lat pracuje u Ronniego Scotta – pamięta nawet koncerty NHB – wywiązuje się bardzo sympatyczna rozmowa, w której największy udział mają Państwo Anromowie. Klub mocno zmienił wystrój od czasów, gdy Romek i Aneta uczestniczyli w koncercie Marka, zniknęła barierka, przy której stali a wystrój stał się bardziej kameralny. Ściany wyłożone szkarłatnym pluszem ozdobione tysiącem zdjęć artystów, głównie jazzowych, występujących na tej szacownej scenie, Pana Marka nie znaleźliśmy, ale na bank gdzieś tam wisi cały skład NHB. Niestety raczej nie zapowiada się na powtórkę występów Knopflera w klubie ze względów finansowych – bilety musiałyby być horrendalnie drogie, obecnie punktem stacjonowania MK w Londynie jest RAH… Po bardzo miłej rozmowie, niechętnie wychodzimy z tych cennych dla nas murów, niestety fotek nie możemy robić ze względu na prawa autorskie do zdjęć wiszących w lokalu.

No to teraz czas na kawkę, ale nie byle jaką kawkę ! Kawkę u A.ANGELLUCI ! Mirek, jak to Mirek chce zaszpanować i zamawia kawkę po włosku, niestety panie ‘nich fersztejen’ , dlaczego ? Bo na plakietkach mają imiona Beata i Monika !! Dlaczego się dziwimy ? - przecież znajdujemy się w Polsce v 2.0 !!

To jest ta kawa – kawa u A.Angelluci – smakuje jak żadna do tej pory !!

Kawa to jednak mało dla naszych puściutkich żołądków, więc następuje druga próba sforsowania włoskiej restauracji – tym razem udana – Bella Italia okazuje się strzałem w dziesiątkę. Mirek znów ponosi porażkę językową – pani kelnerka jest piękną … Litwinką Oczko

http://users.finemedia.pl/macsa/London/London3/

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#70
Re-we-lacja!!!
Something's going to happen
To make your whole life better
Your whole life better one day
Odpowiedz
#71
5. Po zaspokojeniu potrzeb egzystencjalnych ruszamy w stronę ostatniego już dzisiaj markowgo miejsca - Shaftesbury Avenue - przyjemnej alei stylowych kamienic. Punktem obowiązkowym każdej wyprawy jest sklep z pamiątkami - trzeba przecież obdarować bliskich, u mnie padło na stylowe resoraki dla chłopców i kubek dla małżonki. Jeszcze przystanek na Piccadilly Circus gdzie znajdują się znane wszystkim reklamy świetlne powszechnie utożsamiane z Nowym Yorkiem.

[Obrazek: Piccadilly%20Circus.JPG]

Niestety przechodziły właśnie remont, dlatego widać tylko ich fragment...

W hostelu czekan na nasz reszta ekipy oraz szeroki wybór najzacniejszych marek piwa - w tym ulubione Guy’a Fletchera - London Pride - trzeba korzystać tym bardziej, że wraz z noclegiem otrzymujemy bony rabatowe na trunki. Bet opowiada o tym jak to musiał długo przekomarzać się z barmanem chcąc zamówić herbatkę, gdyż tamten upierał się przy napojach chmielowych twierdząc, że w pubie herbatek się nie pija. Minęła spora chwila zanim Bartek doczekał się gorącego napoju i od tamtej pory barman spogląda na niego dziwnym wzrokiem...

Odpoczywamy przy zacnych piwach dzieląc się wrażeniami ostatniego dnia i nastawiając się na koleją dawkę niesamowitych emocji tego wieczora.

Czas wyruszyć w stronę RAH - tym razem metrem, co jednak okazuje się nie najlepszym pomysłem gdyż korytarze ciągną się kilometrami, a kolejka jakaś taka powolna...

Na miejscu dzielimy się na dwie grupy - czekającą na Waldka oraz chętnych na występ Kasi W. Jest czas na dokładne spenetrowanie okolic hali, odnajduję wspaniale prezentujące się ciężarówki transportowców Marka oraz furgonetkę rejestrującą koncert firmy „Simfy” z nowoczesnym stołem mikserskim w środku. Znów zaczepia nas ten sam konik z dnia poprzedniego, tym razem narzekając na kiepski dzień, jest ze Szkocji - z Polską kojarzy mu się Jan Paweł II - nazywa go wielkim człowiekiem XX wieku...

Nie doczekawszy Jamborego powoli zmierzamy w stronę sali po drodze odwiedzając stoisko z markowymi pamiątkami. Miła pani sprzedawczyni pyta skąd mamy takie ładne koszulki - przecież Mark oferuje jedynie w kolorze ciemnym. Łapie się za głowę słysząc opowieść o naszej kilkunasto-osobowej wyprawie na koncert Pana Knopflera, kiwa z podziwem. Jeszcze tylko płyta z autografem i możemy spokojnie udać się na salę, na której zastaję Wacka zajętego dyskusją z francuskim sąsiadem. Wywiązują się z tego międzynarodowe kontakty mogące przynieść korzyści w przyszłości...

Legalnie rozkładam aparat fotograficzny i stawiam przed sobą na małym trójnogu, pani z ochrony przypomina mi jedynie o nie używaniu lampy błyskowej - kurcze - czuje się tą różnicę w kulturze...

Wpada Jambojet, uff, kamień z serca - serdeczne uściski, radość na twarzach. zaczynają przygasać światła...

Startuje drugi w tym roku odrzutowiec...

Dźwięk na balkonie w porównaniu z poprzednim dniem, dziesięć metrów od sceny, zdecydowanie słabszy, Mirek podczas kilku piosenek przykłada dłonie do uszu, aby lepiej słyszeć. Poza poziomem głośności nie mam nic do zarzucenia. Biorę się za robienie zdjęć, co z tego, że super stabilna pozycja aparatu jak odległość robi swoje i zwykły obiektyw nie wystarcza. Gdybym wczoraj nie spanikował i nie oddał aparatu Romkowi...Ehhh...

Ukradkiem spoglądam na Mirka siedzącego obok - nie jeden raz przeciera ukradkiem łzę, mi też nie jeden raz pocą się powieki...

Marzenia są po to aby je spełniać !!!

http://users.finemedia.pl/macsa/London/London4/

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#72
Nie jestem do końca pewien czy powinienem czytać takie relacje. Nie jestem do końca pewien czy powinienem oglądać takie kosmiczne zdjęcia. Ale to już mój problem że nie pojechałem. Na szczęście Marzenia są po to aby je spełniać !!! to zawołanie pondczasowe i nigdy nie straci swej mocyUśmiech
Something's going to happen
To make your whole life better
Your whole life better one day
Odpowiedz
#73
Maćku dzieki Twojej cudownej relacji miło bylo wrocić do tamtych chwil.
Ja ciąglę mysle , że to byl sen.

P.S. Relacja i felieton rewelacyjny. Oj odkrywasz sie nam z calkiem innej (jakże profesionalnej) strony Macieju. Ja juz tu chyba nic nie napiszę. Oddaje pióro profesionalistom.
We are the sultans of swing...
Odpowiedz
#74
Swietna relacja Macieju, wlasnie wrocilem z wakacji a tu taka piekna reacja na mnie czeka. Bylem w Londynie poraz drugiUśmiech
Odpowiedz
#75
a mi się wydaje że to było wczoraj Uśmiech
tea
Odpowiedz
#76
Przez Twoją relację Maciek i zdjęcia przypalił mi się obiad! Ale wiesz co? Nie żałuję!!!
Naprawdę to było k a p i t a l n e!!!
Odpowiedz
#77
Robson napisał(a):Nie jestem do końca pewien czy powinienem czytać takie relacje. Nie jestem do końca pewien czy powinienem oglądać takie kosmiczne zdjęcia. Ale to już mój problem że nie pojechałem. Na szczęście Marzenia są po to aby je spełniać !!! to zawołanie pondczasowe i nigdy nie straci swej mocyUśmiech

Jestem przekonany,że powinieneś - właśnie po to aby spełnić swoje marzenie kiedyś...

Andrzej napisał(a):P.S. Relacja i felieton rewelacyjny. Oj odkrywasz sie nam z calkiem innej (jakże profesionalnej) strony Macieju. Ja juz tu chyba nic nie napiszę. Oddaje pióro profesionalistom.

No Andrzeju ! Tylko bez takich pomysłów - moje bazgroły przy twoich felietonach z pogranicza to jak wypociny szkolnego pismaka w porównaniu do redaktora Gazety Wyborczej czy innej Rzeczypospolitej...

dziadek napisał(a):Przez Twoją relację Maciek i zdjęcia przypalił mi się obiad! Ale wiesz co? Nie żałuję!!!
Naprawdę to było k a p i t a l n e!!!

Marku uważaj ! Może Ci się to przydarzyć jeszcze co najmniej dwa razy Oczko

P.S.
A co wy tak oficjalne: Macieju, Macieju ? To my razem tego London Pride nie piliśmy przypadkiem ? Oczko

Dzięki za wyrozumiałość Uśmiech

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#78
6. Wszystko co piękne niestety bardzo szybko się kończy - mam wrażenie, że dzisiejszy koncert trwał dokładnie pięć niesamowitych minut, czas względnym bardzo jest... Światła zapalają się, chyba trzeba wstać z tych zacnych, czerwonych siedzeń. Czy na pewno ? Mirek obok nadal siedzi wpatrzony, Wacek gorąco dyskutuje z Francuzem obok, jakaś magnetyczna siła trzyma nas zauroczonych...

Wychodzimy na korytarz aby spotkać całą naszą załogę, powtórka powitania z Jambo i Sarą, dzielimy się na gorąco naszymi odczuciami. Chwileczkę - Ptysia coś bladziutko wygląda - po dwu godzinach koncertu odpuściły leki, gorączka dochodzi do 38 stopni - kierujemy ją szybko do hostelu i pod kołderkę…

Szukamy Lamento - mamy przecież dla niego wyjątkowy prezent - sławną raingodową koszulkę. Powoli kierujemy się do wyjścia oglądając się dookoła - przecież był przed koncertem i machał nam z najwyższej loży RAH. Na zewnątrz stoimy jeszcze dłuższą chwilkę dyskutując, robimy pamiątkowe zdjęcia, obok stoi grupka Włochów. Mirek sobą by nie był gdyby nie podszedł i nie zagadał - to przecież jego druga ojczyzna jest ! Słychać entuzjastyczne wypowiedzi - niestety nie potrafię zacytować, bliższy mi język wyspiarzy. Po dłuższej chwili pada pomysł wymiany międzynarodowej - nie ma Lamento to Włocha obdarujemy naszą forumową koszulką. Nasz knopflerowy ziomek bardzo mile zaskoczony - dziękuje stukrotnie i prawie zdejmuje marynarkę aby nałożyć czerwone cudo...

Jeszcze kilka klimatycznych zdjęć budynku w świetle nocnym ( Romek to dopiero porobił fotki...) i powoli kierujemy się w stronę miejsca stacjonowania naszej drużyny - tym razem na piechotkę. Po przejściu jakichś 500 metrów orientujemy się, że przecież nie ma z nami Ptysi - kurcze dziewczyna ma gorączkę, nie wiadomo co się z nią dzieje ! W tym momencie po raz pierwszy (nie ostatni) tej nocy imponuje mi Wacek - momentalnie deklaruje się wyruszyć na poszukiwania zaginionej. Po chwili zastanowienia przystajemy na to - on ma wśród nas największe doświadczenie w poruszaniu się po Londynie i najlepiej zna język. Startuje zatem sam na akcję poszukiwawczą.

Północ, pada deszcz, środek Hyde Parku, ciemno, a obok nas, co chwilkę przejeżdża rower lub przebiega dziewczyna ze słuchawkami na uszach - nie do pomyślenia w naszym Parku Szczytnickim. To jest jednak inny świat...

Po kilkunastu minutach dzwoni Wacek z dobrą nowiną - znalazł Ptysię w połowie drogi do stacji metra - wracała gdyż kolejka już o tej porze nieczynna - kamień z serca.

Po drodze szukamy z Romkiem ładnych, nocnych plenerów wśród urokliwych uliczek tego niezwykłego miasta. A samochody ? Co krok to jakieś Ferrari, Masserati, Astony Martiny czy inne Bugatti - kompletny zawrót głowy. Wszystkie autka, nie tylko te niemożliwe drogie, są tutaj pięknie umyte i nawoskowane - nie do końca znam przyczyny ale podoba mi się takie traktowanie czterech kółek. Tu powołam się na niezwykłe oko Anroma - ma w swojej kolekcji fotkę szeregu londyńskich taksówek - genialny klimat...

Po tych wszystkich emocjach związanych z koncertem i godzinnym, nocnym spacerze wypada coś wrzucić na ruszt, ulubiona knajpka jest przecież po drodze...Tym razem zamawiamy pity na wynos, Grzesiu idzie na stronę odcedzić kartofelki. Nagle słyszę głośny okrzyk na ulicy - panowie zza 1,5 metrowej lady odpowiadają coś po swojemu i przeskakują ją goniąc na złamanie karku. Kurcze co się dzieje, noc, obce miasto, zadyma na całego, jeszcze guza można zarobić - biorę nogi za pas...Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości obserwując przebieg wydarzeń. Panowie po krótkiej szamotaninie i głośnej wymianie zdań wracają do lokalu. Mi odechciewa się jednak jeść....

Grzegorz w tym czasie nieświadomy niczego wychodzi z WC, płaci za swoją pitę, otrzymuje trzy, ale kłócił się przecież nie będzie...

Trochę zbladł jak mu opowiedziałem co się działo ale wszystko dobre co się dobrze kończy - dwie darmowe pity smakowały wyśmienicie Oczko

Spotykamy się w pubie, przy London Pride, tudzież znienawidzonej przez barmana herbacie. Długo w noc snujemy nasze knopflerowe opowieści, mimo ogromnych trudności z gardłem staram się włączać do dyskusji - niestety oczy zamykają się same...Mimo szczerych chęci przegrywam walkę z Morfeuszem - żegnam się z wczesno-rannymi odlatywaczami i idę spać. Rano dowiaduję się, że Wacek do bladego świtu uczestniczył w rozmowach, potem odprowadził na autobus Ptysie, Jambo i Sarę, następnie Mr Jasinskiego oraz Mirka. A przecież kolejny dzień pełen atrakcji i Wacek rano jest gotowy na wszystko mimo, że przytulił głowę do poduszki może przez godzinę.

Ten facet to ma power i potrafi znaleźć się w każdej sytuacji !

!! SZACUN !!


http://users.finemedia.pl/macsa/London/London5/

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#79
Kurcze ale jazda. MaciejuUśmiech sposób w jaki to wszystko opisujesz pozwala się cieszyć razem z Wami. Mało tego prawie jakbym tam byłUśmiech
Something's going to happen
To make your whole life better
Your whole life better one day
Odpowiedz
#80
Twoje zdjęcia z Londynu Maciek, są równie dobre jak Twoja pisana recenzja!!! (Czyli bardzo!)
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Występ na Trafalgar Square w Londynie Robson 16 8,226 01.12.2009, 18:23
Ostatni post: macsa

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości